Bóg wydobył mnie z dna
Narkomania jest jak trąd, a narkoman to trędowaty naszych czasów. Sięgnąłem dna, ale Pan Bóg nie zostawił mnie. Przyszedł mi z pomocą, mimo, iż przez wiele lat w Niego nie wierzyłem – przyznał podczas katechezy audiowizualnej w Bazylice OO. Bernardynów Wiesław Jindraczek. 52-letni mężczyzna mówiący o sobie, że jest narkomanem, a od trzynastu lat trzeźwym narkomanem, dwadzieścia lat trwał w nałogu, zabijając nie tylko siebie. Produkując i sprzedając narkotyki, przyczynił się do śmierci wielu osób. Jego piękne, poruszające świadectwo utwierdza w przekonaniu, że Pan Bóg nigdy nikogo nie opuszcza, i jest najbliżej tych, którzy pogubili się w życiu.

Pytania o sens życia. Narkotyki
Nasz gość został wychowany w rodzinie katolickiej. Uczęszczał do kościoła i na lekcje religii, osiem lat był ministrantem. Dwadzieścia pięć lat spędził w rodzinnym Jaśle. Mając piętnaście lat zaczął zastanawiać się nad sensem swojego życia. Z pytaniami o cel życia pozostał jednak, jak twierdzi, sam. Niezrozumienie i żal spowodowały, że odwrócił się nawet od Boga.
– Wtedy jeszcze nie zanegowałem Boga, ale powiedziałem Mu: niech każdy z nas idzie w swoją stronę. A Dekalog? To przecież same zakazy. Uważałem, że jest ograniczeniem mojej wolności. Dopiero po wielu latach, kiedy wyrzuciłem Boga ze swojej duszy, poczułem w sercu pustkę. Życie straciło dla mnie sens, właściwie przypominało wegetację – wspomina.
Postanowił jednak wypełnić czymś tę pustkę. Wraz z kolegami z liceum zaczął nadużywać alkoholu. Z czasem stał się on niewystarczający. Sięgnął więc po środki psychotropowe, które najczęściej popijał alkoholem. Kiedy poznał narkomana z Rzeszowa nauczył się wytwarzać polską heroinę. Został narkomanem. Ostrzega, że narkomania jest piekłem na ziemi, które człowiek funduje sobie sam i na własne życzenie, a narkotyki są najperfidniejszym wynalazkiem szatana. – Dlaczego? Wiele obiecują, ale tylko na początek. Później brałem, nie dlatego, że chciałem, musiałem brać, ponieważ bez narkotyków nie potrafiłbym funkcjonować. Narkotyki nic nie dają. Przez dwadzieścia lat nałogu nie pomogły mi rozwiązać żadnego życiowego problemu, tylko chwilowo go usuwały. Później jednak kłopoty wracały z natężeniem. Trzeba było wziąć następną działkę. Narkotyki zabrały mi wszystko, zdrowie, rodzinę, przyjaciół, sumienie, zasady moralne. Przez ten czas miałem przed oczami tylko jedno – strzykawkę, którą trzeba napełnić, każdym sposobem i za wszelką cenę – mówi Wiesław.
Chcąc zdobyć pieniądze na narkotyki posuwał się do oszustw, kradzieży. Kłamstwo było na porządku dziennym. Nie zastanawiał się, że wyrządza komuś krzywdę.
Mimo, że narkotyki zabrały mu wszystko, uważa się za najszczęśliwszego człowieka na świecie. Nie zdołały mu bowiem zabrać najcenniejszego daru – życia. Z całej grupy biorącej narkotyki ocalał tylko on.
W 1985 roku musiał wyprowadzić się z Jasła. Stał się znienawidzony. Za produkcję „kompotu” otrzymał wyrok w zawieszeniu. Dziadkowie, z którymi mieszkał, zdecydowali o odesłaniu wnuka do rodziców w Kołobrzegu. Wyjazd nic nie zmienił w życiu naszego bohatera, który pogrążał się w nałogu, staczając się każdego dnia coraz bardziej, by osiągnąć dno. Pierwsze światełko w tunelu jego życia pojawiło się jesienią 1999 roku.

Wspólnota Cenacolo
– Wracając odurzony do domu, spotkałem na ulicy księdza. W tym czasie kapłan nie był dla mnie nikim specjalnym, to zwykły człowiek, tylko śmiesznie ubrany. Od dwudziestu pięciu lat nie chodziłem do kościoła, nie modliłem się. Mój Bóg nie istniał, On umarł w oparach heroiny. Do dziś nie wiem dlaczego podszedłem do tego księdza – zastanawia się – Mijając go, wyraźnie poczułem, że coś mnie popchnęło w jego stronę. Był to młody ksiądz, proboszcz z mojej parafii, Wacław Grądalski. Pracował z narkomanami. Zaprosił mnie do kancelarii parafialnej i opowiadał o wspólnocie Cenacolo, wspaniałych wynikach jakie osiąga w terapii narkomanów, a także o Medjugorie – dodaje.
Ksiądz Wacław zaproponował wyjazd do Medjugorie, na co jednak Wiesław nie wyraził zgody. Nie wierzył słowom kapłana. Spotkanie księdza z mamą naszego gościa sprawiło jednak, że nie miał wyboru; dostał ultimatum – wyjazd do wspólnoty Cenacolo i leczenie, albo wyprowadzka z domu.
Pod koniec kwietnia 2000 roku wraz z grupą pielgrzymów wyjechał, ale bez wewnętrznego przekonania, iż w jego życiu nastąpią zmiany. Przez pierwsze dni przebywania we wspólnocie myślał, że zwariuje. Obowiązujący w Cenacolo surowy regulamin (m.in. brak telewizji, Internetu, telefonów komórkowych, muzyki, jakichkolwiek rozrywek, istniała tylko praca i modlitwa) okazał się nie do przyjęcia dla Wiesława. Chciał wracać do rodzinnego domu z zamiarem dalszego „ćpania”. Nie zdążył jednak na autobus. Rezygnując z pracy we wspólnocie, stracił jednocześnie miejsce w pensjonacie. Znalazł się na ulicy. Miał nadzieję, że uda mu się wrócić do kraju. Mylił się jednak. – Słysząc słowa: Cenacolo, narkotyki, heroina, organizatorzy i piloci pielgrzymek nie chcieli ze mną nawet rozmawiać. Uciekali ode mnie jak od zarazy, wymyślali kłamstwa, aby mnie nie zabrać – opowiada.
Nie znając języka, nie mając pieniędzy i możliwości powrotu, a dodatkowo będąc „na głodzie”, popadł w depresję. Ostatnie pieniądze przeznaczył na alkohol, pił bez opamiętania, nie trzeźwiejąc. Wszyscy odsunęli się od niego. Myślał o samobójstwie, ale niespodziewanie spotkał organizatora pielgrzymek, który obiecał zabrać go do rodzinnego miasta. Czekając kilka dni na wyjazd, natknął się pod kościołem na polskiego franciszkanina o. Mirosława Kopczewskiego, z którym podróżował do Medjugorie. Zakonnik skierował go do innego franciszkanina o. Slavka Barbaricia, zajmującego się osobami psychicznie chorymi, uzależnionymi od narkotyków, alkoholikami, złodziejami, przestępcami. Ojciec Slavko pomagał ludziom „z marginesu” wracać do normalności, prowadził ich do Boga. W zamian za pracę, Wiesław otrzymał tymczasowe miejsce zamieszkania i wyżywienie. – Wracając myślami do naszego spotkania i rozmowy, do dziś pamiętam spojrzenie ojca Slavka. Kiedy zawieraliśmy umowę, on dobrze wiedział, że nie wyjadę z Medjugorie. Jestem o tym przekonany – twierdzi.
Zachęcony przez zakonnika, udał się wraz z jego podopiecznymi na wieczorne spotkanie modlitewne do miejscowego kościoła. Uczestnictwo w programie obejmującym m.in. Mszę świętą, Różaniec, modlitwy o uzdrowienie ciała i duszy, było obowiązkowe.– Franciszkanin mówił swoim podopiecznym: pamiętajcie, że jesteście bardzo chorzy, a Pan Bóg jest najlepszym Lekarzem. Dlatego musicie modlić się więcej niż zwykli ludzie – wspomina Wiesław.
Przyznaje, że w czasie ponad dwóch godzin nudził się, a Msza święta była dla niego tylko widowiskiem. Mimo to pozostał z innymi na Adoracji Najświętszego Sakramentu. Nie potrafił jednak modlić się, myślał tylko o swoim nałogu. Był dla niego jak mur, którego nie mógł zburzyć.

Najlepszy Przyjaciel
– Przyszedł jednak moment, kiedy ten mur rozpadł się jak domek z kart. Wtedy przeżyłem najstraszniejsze chwile w swoim życiu, to był prawdziwy koszmar. Moją duszę ogarnęła ciemność, poczułem czarną, bezgraniczną rozpacz i paniczny, lodowaty strach, który zaczął mnie dusić. Zgasły we mnie wszelkie uczucia, ostatnia iskierka nadziei, a bez nadziei nie można żyć. Zrozumiałem, że jeśli czegoś natychmiast nie uczynię, nie dotrwam do końca Adoracji, i stanie się ze mną coś złego. To co przeżywałem, było nie do wytrzymania. W pewnym momencie opadłem całkowicie z sił, i w akcie desperacji zwróciłem się o pomoc do Tego, w którego nie wierzyłem, o którym mówiłem, że Go nie ma, że jest wymysłem idiotów. Powiedziałem Mu: Panie Boże, jeżeli istniejesz, zrób coś, bo ja nie mam siły dłużej tak żyć. W jednej chwili zniknęły ciemność, rozpacz, strach, ból, nie tylko duszy, ale i ciała. Ogarnął mnie cudowny, błogi spokój. Żaden narkotyk nie dał mi takiego poczucia spokoju. Czułem się jak w niebie – mówi.
Wiedział już, że nie wróci do Polski, i nigdy nie weźmie narkotyków. Został w Medjugorie, pracuje w tamtejszej parafii i pomaga osobom uzależnionym.
Skorzystał z Sakramentu pokuty, i dopiero wtedy poczuł się w pełni szczęśliwy. Nie mógł uwierzyć, że uzyskał przebaczenie.- Pierwszy raz w życiu poczułem się naprawdę wolny. Taką wolność może dać człowiekowi tylko Bóg. Nikt nie może mi jej już zabrać, ponieważ jest w moim sercu – podkreśla Wiesław.
O swoim szczęściu i radości związanych z pierwszą po 25 latach Komunią świętą nie jest w stanie mówić, ponieważ jak twierdzi, nie potrafiłby znaleźć odpowiednich słów.
Jego życie nie stało się lekkie – choruje na wirusowe zapalenie wątroby, ma problemy z sobą, ale trzynaście lat temu spotkał prawdziwego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa. – On zawsze był ze mną, jest nadal w dobrych i złych chwilach. Fakt, że nie biorę narkotyków i jestem trzeźwy, zawdzięczam Jezusowi. Łaska, Moc, które płyną od mojego Przyjaciela dają mi siłę do zmagania się z codziennymi problemami. Życie z Nim nie jest łatwe, ale na pewno łatwiejsze. Jezus to mój najlepszy Przyjaciel – zapewnia nasz gość.

Na zakończenie spotkania pięknie mówił o miłości, przyznając, że przez czterdzieści lat cierpiał na jej brak. Nie był w stanie powiedzieć swojej mamie: kocham Cię. Czuł do niej żal, miał pretensje, że w chwili kiedy jej najbardziej potrzebował, ona była daleko. Nie potrafił kochać innych ludzi, nawet samego siebie. Narkotyki miały zastąpić miłość, a okazały się chemiczną protezą szczęścia, która zaprowadziła wielu na dno. Pan Jezus uleczył jednak tę ranę, i teraz Wiesław czuje się szczęśliwy mówiąc mamie o swojej miłości, i słysząc te same słowa z jej ust.
Podczas wtorkowego spotkania kilkakrotnie powtarzał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, ponieważ od trzynastu lat czuje się kochany przez Pana Boga, zawsze i w każdych okolicznościach. Tej Miłości nauczył go Jezus Chrystus. On przywrócił mu życie. Miłość – szalona, bezwarunkowa, ukrzyżowana jest źródłem największego szczęścia dla Wiesława. Próbuje ją zrozumieć, ale nie potrafi. W zamian pozwala Jezusowi kochać się, czując jak każdego dnia jego Przyjaciel otula go swą Miłością. Ona daje mu siłę do życia, codziennego zmagania się z trudnościami, – Bez miłości nie da się przeżyć, a Chrystus jest Miłością – skonkludował Wiesław.

Na zakończenie katechezy można było kupić książkę Wiesława Jindraczka pt. Zmartwychwstałem w Medjugorie”.

autor: o. W

Spotkanie zostało nagrane i można je zobaczyć pod linkiem: „Byłem na dnie”

Zdjęcia: Piotr Szobak